Felieton

NIECHCIANA APOSTAZJA, CZYLI JAK POLICZYĆ KATOLIKÓW

Postanowiłem zrobić sobie prezent na urodziny i dokonać apostazji. Okazało się to zadaniem, póki co, niewykonalnym.

Jerzy Andrzej Masłowski, dziennikarz, prozaik, poeta, autor sztuk teatralnych i tekstów piosenek

Od wielu lat chciałem wypisać się z instytucji, do której zostałem zapisany jako dziecko, nie mając zdolności do czynności prawnych. Jako nastolatek nie czułem się katolikiem i rezygnację z członkostwa traktowałem jako urealnienie stanu faktycznego. Decyzję o apostazji odkładałem, jednak do załatwienia tej formalności zmobilizowały mnie kolejne afery finansowo – obyczajowe, których czarnymi bohaterami są kapłani kościoła katolickiego. Kościoła przez małe „k”, bo nie mam szacunku dla tej instytucji i od dawna piszę ją małą literą, podobnie jak słowa: mafia, przestępcy czy zorganizowana grupa przestępcza.

Napisałem list do parafii, w której dokonano na mnie gwałtu (czytaj: chrztu) i dołączyłem swoje dane, a nawet kopię aktu chrztu, który znalazłem dzięki wstawiennictwu słowiańskich bogiń i bogów. Okazało się jednak, że muszę osobiście stawić się w kancelarii parafialnej po uprzednim umówieniu, inaczej wypisanie nie jest możliwe. W dobie pandemii, kiedy niemal wszystko da się załatwić online, apostazji to nie dotyczy. Zadzwoniłem do kancelarii, by się umówić. Jak tylko powiedziałem, o co chodzi, usłyszałem: później, proboszcz nie ma czasu. Kolejna rozmowa telefoniczna skończyła się stwierdzeniem, że ksiądz chory, a później, że już zdrowy, ale zajęty.

Takie uniki stosuje nie tylko parafia, do której mnie przypisano. Z opinii apostatów, które można przeczytać w Internecie, rysuje się obraz kościoła, jako instytucji niechętnej wszystkim tym, którzy zamierzają zerwać z nią więzy. Wielu byłych wiernych skarży się, iż proboszczowie niejednokrotnie względem nich byli opryskliwi, złośliwi, awanturowali się i próbowali ich poniżać. Dlatego mnóstwo osób, choć nie czuje się katolikami, nie składa aktu apostazji, nie chcąc przechodzić przez piekiełko, które może stworzyć personel naziemny Pana B. Ma on bogate doświadczenie w robieniu piekła na ziemi, bowiem w imieniu żadnego bóstwa nie wymordowano tylu istnień ludzkich, co w imieniu katolickiego boga. Nie tylko awanturujący się proboszczowie zniechęcają do apostazji, ale też obawa, iż w parafii rozejdzie się wieść, że ten i ów odeszli ze stada owieczek i baranków. To może nieść za sobą konsekwencje natury sąsiedzko-towarzyskiej i biznesowej, szczególnie na wsi, osadach i małych miejscowościach.

Są tacy, którzy, mimo iż byli ochrzczeni, nie czują się katolikami i nie zamierzają składać apostazji. Argumentują – całkiem słusznie – że świadomie nie zapisywali się do kościoła i nie będą stosować się do praw rządzących w instytucji, z którą nic ich nie łączy. Twierdzą, iż akt apostazji nie ma sensu, bo osoba ochrzczona nigdy nie zostanie wypisana z kościoła. “Chrzest był i nawet jeśli apostata w to nie wierzy, ma on znaczenie. Niezmywalne. Ważnie udzielonego chrztu nie da się unieważnić. Apostata nie przestaje być ochrzczony, nie przestaje nawet w szczególny sposób przynależeć do Kościoła. Jedynie staje się odstępcą” – potwierdza katolicki publicysta Tomasz Terlikowski.

Katolików należy policzyć i to nie tylko ze względów statystycznych. Kościół rozpowszechniając mocno zawyżone dane o liczbie wiernych (a jest to kłamstwo statystyczne podlegające karze grzywny) stosuje swoisty szantaż wobec rządzących, wymuszając dotacje, subwencje, darowizny i „zwroty” niejednokrotnie nie należnych majątków. Chce stać się sumieniem narodu, wpływając na politykę. Gdyby uczciwie policzyć katolików okazałoby się, że jest ich o wiele mniej, niż nam się wydaje. Według najnowszych danych na msze przychodzi 40 procent zapisanych do kościoła, a do komunii przystępuje ledwie 20 procent. Jednak kościół w imię swoich interesów woli podawać inne dane, bo nie wyobraża sobie funkcjonowania bez finansowego wsparcia ze strony państwa.

Najwyższy czas uporządkować stosunki państwo – kościół i zacząć traktować tę instytucję jak inne podmioty gospodarcze. Należy zlikwidować fundusz kościelny i wprowadzić możliwość finansowania przez wiernych, dzięki czemu poznamy ich faktyczną liczbę. Wystarczy dać im możliwość przekazania 1 procenta podatku dochodowego od osób fizycznych, tak jak dla organizacji pożytku publicznego. Trzeba bezwarunkowo obciążyć kościół podatkiem dochodowym, jak każdą inną firmę. Na koniec wymusić uczciwe płacenie podatków od nieruchomości i gruntów. Wykluczyć tu należy stosowanie ulg na tzw. cele kultowe, bo można do nich zaliczyć wszystko, łącznie z umeblowaniem parafii i Mercedesem proboszcza.

Kiedyś Lech Wałęsa powiedział, że nasz kraj będzie drugą Japonią. Warto wrócić do tego pomysłu i zacząć od spraw duchowych. Rząd Japonii nie finansuje żadnych organizacji religijnych. Świątynie shintō i inne obiekty kultu, finansowane są przez wiernych i ich związki. Warto ten model zastosować u nas dla dobra publicznego i katolików. To im przede wszystkim powinno zależeć, by przedstawiciele ich zgromadzenia byli krystalicznie uczciwi i traktowani jak reszta obywatelek i obywateli.


rys. Jacek Frankowski, z zasobów własnych autora
„Nasze Czasopismo” nr 01/2021