Społeczeństwo

OSADA

W małej, leśnej osadzie leśnych ludzi wschodziło słońce, a jej mieszkańcy ochoczo budzili się do życia. Byli pewni, że dzięki nowemu przywódcy teraz wszystko będzie dobrze.

Marta Zubowicz

Nowe zasady, wprowadzone przez dopiero co wybranego przywódcę, napawały mieszkańców osady nadzieją, że odzyskają dawną pozycję, a sąsiedzi znów zaczną ich szanować. To nic, że las, w którym mieszkają zostanie wycięty. Przecież zostanie wykorzystany do budowy obwarowań, co spowoduje, że wszyscy zaakceptują nastanie nowego porządku. No i jeszcze rozliczą poprzedników. To ważne. Już nikt nie powie im, że są gorsi!

Pięć buraków

Nowy dzień wstał, słońce czarowało ciepłem i nie od razu spostrzegli, że wycięty las posłużył nie do tego, co planowali. Obwarowanie powstało, ale w sąsiednich wioskach. Pustka po wyciętych drzewach była nie tylko brzydka, ale spowodowała, że wiatr czynił większe szkody. Każdy mógł widzieć, co robią i stracili poczucie intymności. Cóż jednak, przywódca obiecał im powrót do wielkości i szacunek innych, na co trzeba zaczekać.

W kolejnych tygodniach na jaw wychodziły inne niedogodności, które jednak nie mogły zaćmić obiecywanych sukcesów. Śmiałe przemówienia wysłanników władzy sprawiały radość, a kolejne obietnice idealnie wpisywały się w oczekiwania lokalnej społeczności. Co prawda jeszcze nie były realizowane, ale przecież na takie rzeczy potrzebny jest czas. W końcu poprzednia ekipa nic takiego nie robiła, tylko ciągle pogłębiała relacje z sąsiadami. Co nam da taka wspólnota? Po co nam to? Mamy swoją dumę. Jesteśmy lepsi od innych – czuli. Trochę wyrzeczeń i będzie dobrze.

Całe szczęście, że chociaż dostali to, czego nigdy dotąd nikt inny nie dał. Każdy, kto miał brązowe oczy (to prawie jedna czwarta populacji) dostał deputat – pięć buraków miesięcznie. Pożywne, pyszne. Można je jeść na gorąco i na zimno, można ugotować z nich zupę, albo zrobić dodatek do ziemniaków. A zakwas buraczany, choć wymaga więcej czasu, to rarytas. Dodaje zdrowia, wzmaga naturalną odporność i nie zastąpią go importowane wynalazki. To się nazywa dostatek. W końcu dostaliśmy coś dla siebie.

Wątpliwości

Mijały miesiące, potem lata, a polepszenie nie nastąpiło. Zaczęli dostrzegać coraz więcej rozbieżności z wcześniejszymi obietnicami. Widzieli, że los poprawia się jedynie wąskiej grupie ludzi. Wątpliwości narastały, ale przecież nie można kwestionować własnych wyborów, bo to by oznaczało, że daliśmy się nabrać i źle wybraliśmy. Tak więc leśna społeczność z coraz większymi wątpliwościami patrzyła na działania przywódców, którzy z coraz bardziej odczuwalną arogancją stanowili o jej losie. Z każdej strony docierały do nich informacje o sukcesach, których nie dostrzegali, a ordynarne kłamstwa o przyszłej wielkości budziły coraz większą irytację. Cały czas jednak wstydzili się przyznać do błędu i trwali w swych przekonaniach, tracąc coraz więcej przyjaciół z sąsiednich osad. Napięta sytuacja spowodowała, że rodzinne klany miały różny stosunek do władzy i nawet wewnątrz nich zaogniały się konflikty. Silne przekonanie o mitycznych różnicach i dobrostanie innych stale pogłębiało frustrację i rozłam między ludźmi.

Przebudzenie

Pewnego dnia, niedługo po wschodzie słońca, pod każdymi drzwiami znalazł się anonimowy list. Treść, jaką zawierał, odzwierciedlała myśli każdego znalazcy. Każde zdanie trafiało w sedno, ale oprócz przykrych dla wszystkich prawd, oprócz argumentów, które każdego odzierały ze złudzeń, w liście znajdowały się pokrzepiające słowa mówiące o tym, że wszyscy dali się nabrać, wszyscy w swym poczuciu przyzwoitości nie mogli wiedzieć, że puste słowa i kłamstwa, to jedyne, co dostali. Smutek zawładnął wszystkimi mieszkańcami leśnej osady. Mimo to, każdy musiał wracać do codziennych obowiązków. Najpierw jednak codzienne spotkanie na rynku i porcja najnowszych informacji.

Kiedy idąc w stronę trybuny mijali kolejne domy i napotykali sąsiadów, nie patrzyli już na nic z nienawiścią. Przecież każdy z nich dał się nabrać. Z życzliwością witali się podając sobie ręce, chyba pierwszy raz od kilku lat. To było miłe. Już dawno nie czuli się tak dobrze. Jak mogli tego nie robić? Przecież tęsknią za sobą nawzajem i widzą, że sąsiednie wioski mają się lepiej, że ich mieszkańcy są życzliwi i chętni do pomocy. Przecież nie raz składali takie deklaracje. Postanowili wszystko zmienić. Mimo wstydu i poczucia winy postanowili zaprosić sąsiadów na wspólny posiłek i odnowić relacje.

Z niedowierzaniem zbliżali się do agory, aby wysłuchać cotygodniowej porcji „dobrych wiadomości”, wyraźnie widzieli, że król jest nagi i już wiedzieli, co należy zrobić.


rys. Widget
„Nasze Czasopismo” nr 02/2021